Wracam do pisania. Bardzo długo nie było mnie w tej blogowej przestrzeni, bo znów – po staremu – zaczęłam na jakiś czas myśleć deficytami zamiast zasobami. Zaczęło się od tego, że usłyszałam od ważnej mi osoby, że ciągle piszę to samo. Zaraz sama dopowiedziałam sobie, że pewnie te moje teksty są rozmyte, mało konkretne i „miękkie”. I tak wróciły stare demony, bo przez większość swojego zawodowego życia obrywałam za to, że ta moja psychologia była taka „miękka” i że byłam – cytując – „dobrą ciocią”. Cokolwiek to miało znaczyć.
A więc zastygłam na długie miesiące, mimo że wielu z Was odzywało się do mnie z pytaniem, kiedy ukaże się kolejny artykuł. Dziś robię nowe otwarcie i wracam do tego, co robiłam z zapałem i oddaniem – do pisania w oparciu o własne doświadczenia i przemyślenia. Oczywiście w swoich tekstach chętnie opieram się na tym, co daje nam psychologia. Jednocześnie moje blogowe wpisy zawsze będą miały charakter osobisty, bo w swoim życiu bardzo stawiam na prawdziwość i kierowanie się własnymi wartościami.
Dlatego wracam właśnie z takim tematem – z refleksją nad tym, jak rozwijać w sobie zasoby i przestać myśleć deficytami. Kiedy w końcu zmienimy myślenie i działanie, opierając się na tym, co już potrafimy i co robimy lepiej od innych, zaczynają się dziać cuda. Powstają wspaniałe miejsca pracy, w których stawia się na rozwój jednostek, a przez to całych organizacji. Pracownicy kreatywnie odkrywają nowe rozwiązania – słowem: wzrastamy.
Tymczasem w wielu głowach i w wielu miejscach nadal funkcjonuje się w oparciu o deficyty. Przypominam sobie, jak w 2021 roku odchodziłam na emeryturę policyjną. Miałam wtedy ogromne poczucie pustki i chaosu. Wspominając swoje ponad trzyletnie doświadczenia związane z mobbingiem, w tamtym momencie najchętniej wymazałabym całą swoją zawodową przeszłość. Wstydziłam się tego, że byłam psychologiem policyjnym. Krępowało mnie mówienie o swojej byłej pracy. Miałam pomysły, aby zupełnie zmienić swoje życie zawodowe i nie przyznawać się do tego, co robiłam przez ponad 15 lat.
Tak radziłam sobie z wypaleniem zawodowym i skutkami mobbingu, które odebrały mi pewność siebie i wbiły mnie w myślenie o sobie jako o kimś, kto do niczego się nie nadaje.
Na szczęście z czasem zmieniłam podejście. Zorientowałam się, że popełniłam błąd, który dotyka wielu z nas. Poszukiwałam swojej nowej drogi, koncentrując się na brakach i niedociągnięciach – czyli na tym, czego nie chciałam. Tymczasem trwała i dobra zmiana zawodowa opiera się na rozpoznaniu zasobów, czyli tego wszystkiego, co jest naszą mocną stroną i co nas wyróżnia.
Czym jest myślenie w kategoriach zasobów? Najprościej mówiąc – jest to odejście od deficytów, problemów i braków na rzecz koncentracji na potencjale i mocnych stronach jednostki. Jednym z pionierów takiego podejścia był Carl Rogers – amerykański psycholog kliniczny i psychoterapeuta, uznawany za jednego z głównych przedstawicieli psychologii humanistycznej. Rogers zakładał, że człowiek najlepiej rozumie samego siebie i ma w sobie zdolność do zmiany, jeśli stworzy mu się odpowiednie warunki. Choć nie używał współczesnego pojęcia „zasobów”, jego podejście opierało się na przekonaniu, że każdy człowiek posiada mocne strony, które można uruchomić, zapewniając sprzyjające środowisko.
W tamtym czasie psychologia była zdominowana przez diagnozowanie i dążenie do „naprawiania” ludzi – poprzez analizę przeszłości i eliminowanie niepożądanych zachowań. Nic więc dziwnego, że podejście Rogersa było uznawane za kontrowersyjne.
Niestety również dziś w wielu środowiskach nadal funkcjonuje się w kategoriach deficytów, a nie zasobów. Wystarczy spojrzeć na kulturę organizacyjną w wielu miejscach pracy, gdzie uwaga skupia się głównie na tym, co pracownicy robią źle, zamiast na tym, co robią dobrze. Co więcej, często zmusza się ludzi do zmieniania samych siebie – swoich upodobań, sposobu myślenia czy naturalnych kompetencji – po to, by dopasowali się do oczekiwań organizacji.
W ten sposób nie wykorzystujemy potencjału zespołów, bo zamiast rozwijać to, co w ludziach najlepsze, zmuszamy ich do przyjmowania narzuconych ról. Nic dziwnego, że w takich miejscach nie ma przestrzeni na kreatywność, innowacyjność ani atmosferę, w której chce się pracować. Wniosek nasuwa się sam: jeśli chcemy tworzyć dobre miejsca pracy, musimy zacząć myśleć i działać w oparciu o zasoby.
Koszty rezygnacji z takiego podejścia są ogromne. Tracą organizacje, ale tracimy też my sami. Jeśli nie możemy być sobą i robić tego, co naprawdę lubimy, zaczynamy wierzyć, że ciągle czegoś nam brakuje. Zamiast rozwijać naturalne zdolności, „piłujemy” swoje słabe strony. Skazujemy się na wykonywanie pracy, której nie lubimy, a z czasem utrwalamy błędne przekonania o sobie i świecie.
Świadczą o tym choćby takie popularne hasła jak: „Pracy nie musisz lubić – chodzisz tam, żeby zarabiać pieniądze” albo przekonanie, że da się całkowicie oddzielić pracę od życia prywatnego. Tylko jak to zrobić, gdy od lat nie znosisz tego, co robisz, a na samą myśl o porannym wstawaniu do pracy boli Cię brzuch?
Dziś wiemy, że takie podejście jest nieefektywne i prowadzi do wypalenia zawodowego, a tym samym do utraty zasobów. Rozwój psychologii oraz dostępność terapii, wsparcia psychologicznego, coachingu i szkoleń pozwalają nam zmieniać stare schematy myślenia na podejście oparte na zasobach. Wiemy też, że osoby, które rozwijają to, co już mają – inwestują nie tylko w nowe umiejętności, ale przede wszystkim w swoją odporność psychiczną.
Z zasobami jest bowiem tak: albo je rozwijasz i wzmacniasz, albo się „zwijasz” i tracisz nawet to, co już posiadasz.
Jako pierwszy jasno powiedział o tym Stevan E. Hobfoll, tworząc w 1989 roku Teorię Zachowania Zasobów. Jego podejście narodziło się z potrzeby opisania stresu jako procesu utraty i ochrony zasobów, co uczyniło tę teorię jedną z najbardziej użytecznych w pracy z kryzysem, bezpieczeństwem i deeskalacją. Do zyskania – albo do stracenia – mamy więc bardzo dużo.
Opłaca się rozwijać swoje mocne strony w oparciu o to, jacy jesteśmy naprawdę: czego chcemy i w czym czujemy się dobrze. Równocześnie musimy chronić swoje zasoby przed czynnikami prowadzącymi do psychofizycznego wyczerpania. Mogą to być zagrożenie zdrowia lub życia, przemoc, mobbing czy chaos sytuacyjny. Hobfoll zwracał uwagę, że długotrwałe, umiarkowane obciążenie bywa bardziej destrukcyjne niż pojedynczy kryzys. Dzieje się tak dlatego, że w chronicznym stresie codziennie ponosimy „mikrostraty” energii, czasu i uwagi, a brak regeneracji prowadzi do systematycznego uszczuplania zasobów.
Dlatego tak ważne jest nie tylko ich rozwijanie, ale również umiejętność ich ochrony – choćby poprzez wyznaczanie granic i podejmowanie decyzji sprzyjających zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Warto zadać sobie pytanie, czy osoby, które nas otaczają, dodają nam energii i wspierają nasz rozwój, czy wręcz przeciwnie – wyczerpują nasze zasoby. Podobnie jest z miejscem pracy. Jeśli pracujesz na pełen etat, spędzasz tam jedną trzecią swojego życia. Dobre środowisko pracy wspiera rozwój zasobów i docenia to, kim jesteś. Złe – ciągnie w dół, zmusza do rezygnacji z siebie i nie wykorzystuje Twojego potencjału.
Na koniec: decyzja należy do każdego z nas. Mając dziś dostęp do wiedzy psychologicznej, możemy albo tkwić w przestarzałych schematach i zabiegać o spełnianie cudzych oczekiwań, albo zacząć podejmować decyzje zawodowe i osobiste w oparciu o to, kim naprawdę jesteśmy. Wybór jest prosty: deficyty i poczucie braku albo rozwój zasobów i bycie sobą.
Nie musisz od razu przebudowywać całego życia. Zmiana zaczyna się od decyzji, że chcesz czegoś więcej. Kolejny krok to jedna mała zmiana, na którą masz zgodę i przestrzeń tu i teraz. Małe, systematyczne kroki z czasem prowadzą do naprawdę dużych celów.
Zatem – od czego zaczniesz?
